Kurs mija, a ja praktycznie nic o tym nie wspomniałem. Dużo będzie tutaj mojego dumania i przemyśleń. Ale temat wart przemyśleń.

Jedną z cech ludzi jest ich naturalna skłonność do lenistwa. Zauważyłem po sobie, że uwielbiam tracić czas na bezmyślnym klikaniu podczas przeglądania internetu i wczytywaniu się w informacje o nowych piersiach, botoksach, kłótniach polityków, orgiach prominentnych postaci z pierwszych stron gazet. Co mi z tej wiedzy? Nic. Jedyne co, to uwstecznianie się mojego mózgu przy bezproduktywnym klikaniu myszką (czasem dwukrotnym) i przeglądaniu informacji, których, z racji swej istotności dla mego życia, nawet nie staram się zapamiętać. Z drugiej strona wszelka pilna robota stoi, nie wspominając, o rzeczach, którymi chciałbym się zająć, ale „nie mam” czasu.

Co zrobić w tej, z pozoru, beznadziejnej sytuacji? Pierwszym krokiem jest diagnoza. Proponuję codziennie wieczorem przez tydzień robić sobie rachunek sumienia. Niestety, ale trzeba to spisywać na kartce. Wystarczy zapisać co się robiło. U mnie wyszło bezmyślne klikanie oraz żarcie z nudów (żarcie w późnych godzinach wieczornych). Internecik miał służyć odpoczynku po pracy, tymczasem wcale nie owocował zrelaksowaniem. Nocne jedzenie nie sprzyjało zasypianiu… Każdy niech sobie sam wyciągnie wnioski, stosownie do swoich grzeszków. Po takim tygodniu notowania niech każdy wypisze sobie, czym chciałby się zająć w czasie wolnym. Ja wypiszę kilka najważniejszych punktów z mojej listy życzeń: czytanie książek, zaprogramowanie projekty wymyślonego kilka lat temu, kurs szybkiego czytania (wraz z blogiem), redagować stronę o historii muzyki poważnej, więcej obcowania z naturą, zrobienie się na bóstwo (siłownia).

Lista pożeraczy czasu gotowa, lista czynności, które uszczęśliwią też. Następnym etapem jest zaplanowanie czasu. Rzecz, której w życiu nie robiłem. W arkuszu kalkulacyjnym przygotowałem sobie stronę do wydruku ze wszystkimi dniami tygodnia z podziałką kwadransową od godziny 6:00 do 24:00. Godziny od północy do 6:00 w 99% procentach przesypiam, więc nie muszę ich planować. W planie nanoszę obowiązki, czyli: praca (z czasem dojazdu i powrotu z niej) oraz, w tej chwili, kursy, w których biorę udział oraz czas potrzebny na „odrobienie lekcji” z tymi kursami związanymi. Potrzebujesz drzemki popołudniowej? Zapisz to sobie. Ja sobie zapisuję też poranną pobudkę i kładzenie się do spania. I w tym momencie nastaje jasność. Widać jak dużo wolnego czasu się ma. Planuję sobie, zatem, zajęcia, na które do tej pory czasu nie miałem.

Przykładowo. Przy sprawnej organizacji poranka, mogę sobie wygospodarować kwadrans przed wyjściem do pracy na relaks z książką. Jest to około 25-30 stron jakiejś ciekawej książki. Po tygodniu uzbiera się nawet 150 stron. W 2 tygodnie jestem w stanie przeczytać przeciętną książkę pomimo braku czasu. Mam satysfakcję z osiągniętego celu (przeczytanie książki). Podobnie z innymi rzeczami. U mnie to działa, chociaż ostatnio zaniedbałem to trochę. Zacząłem chodzić na siłownię, wychodzić na spacery (na co wcześniej nie miałem czasu). Jestem bardziej wypoczęty i mniej poddenerwowany. Podejrzewam, że bez zaplanowania nadal bym siedział w domu, bezmyślnie tył i narzekał.

Jedna, najważniejsza sprawa. Mój ojciec zawsze „zaczynał” od poniedziałku/pierwszego. Zawsze od następnego. W 99% nie działa takie podejście. Trzeba zacząć od dzisiaj. Dzisiaj jest tylko teraz, więc się nie oszukasz.

Jeszcze jedno. Taka dość banalna sprawa. Jeśli masz coś do zrobienia, zacznij od uporządkowania otoczenia. Nie ma nic bardziej rozpraszającego od bałaganu w pobliżu.

Powodzenia.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Twitter
  • Dodaj do ulubionych
  • RSS

Podobne wpisy:

  • Brak podobnych wpisów